Syndrom sztokholmski i olecki Mesjasz. Wybory 2018

Syndrom sztokholmski i olecki Mesjasz. Wybory 2018
5 (100%) 1 głosów

W środę (17 października) w kinie „Mazur” odbyła się „debata” przedwyborcza. Celowo piszę słowo debata w cudzysłowie, gdyż odbyła się ona z udziałem zaledwie trzech kandydatów,. I prawdę powiedziawszy nie dziwi mnie, że niektórzy kandydaci w tej debacie nie wzięli udziału. Mogę to napisać z całą odpowiedzialnością, bowiem ponad rok temu zorganizowaliśmy w tym samym miejscu debatę przy okazji przedterminowych wyborów. Z tą jednak zasadniczą różnicą, że do współpracy przy debacie zaprosiłem osobę, która na co dzień nie uczestniczyła w lokalnych sporach, dzięki czemu mogliśmy przyjrzeć się problemom samorządowości i Olecka z innej, bardziej uniwersalnej perspektywy.

Tymczasem jedną z osób prowadzących debatę była kandydatka do rady powiatu z listy Zjednoczonej Prawicy. To trochę tak, jakby zaprosił do prowadzenia debaty Karola Sobczaka. Albo wiceburmistrza Trznadla. Co nawiasem mówiąc zapewne przypadłoby do gustu obu panom i kandydatowi, którego wspierali. Mogłem też o pomoc poprosić Marka Dobrzynia, szefa PiS w Olecku. Ewentualnie kogoś ze sztabowców Marcina Czekaya lub na przykład Wojciecha Leonarczyka. Ale tak się nie robi. Bo w tym wszystkim chodzi o rzecz elementarną – szacunek. Zarówno dla kandydatów, jak i przede wszystkim wyborców. Bo debatę organizuje się po to, by pomóc wyborcom, a nie kandydatom. W tym kontekście pomysł, żeby debatę prowadziła osoba, która sama zaangażowana jest w kampanię i ubiega się o wybór uznać należy za kuriozalny.

Wydaje się, że to są oczywistości, ale jak widać nie dla wszystkich. Standardy nie są bowiem po to by się nimi przejmować. Tego akurat nauczyłem się przez blisko 7 lat będąc blisko oleckich spraw. I tylko trochę żal, że ktoś poszedł naszym śladem, ale tak koślawo, niezbornie. Bo nie żeby nasza debata jakimś ósmym cudem świata była. Ale mieliśmy nadzieję, że pewien poziom normalności wyznaczyła. Poziom, który ewentualnie warto podnieść, a nie dramatycznie obniżać. Ale stało się, tak jak się stało.

W zasadzie nie powinno mnie to już poruszać. Bo portal jest zamknięty. Zapewne za chwile zniknie ostatecznie, bo choć my pisać przestaliśmy, to wciąż był miejscem, w którym każdy, kto tylko chciał mógł publikować. Ale choć niektórzy się zarzekali to jednak niewiele z tego wynikło. Zresztą zgodnie z naszymi przewidywaniami.

Dlaczego więc zabieram głos? Bo niejako zostałem wywołany do tablicy. Choć nie śledzę już tego, co się w Olecku dzieje (i jest to celowy zabieg – taki odwyk) to różne echa ostatnich wydarzeń z coraz większą siłą docierały do mnie. I już wiem, że obecna kampania, jakżeby inaczej, obfituje w podstawianie nóg i liczne faule, niegodziwości i kłamstwa. I choć jak już napisałem jestem na odwyku, to w pewnym momencie poczułem, że trzeba jednak pewne rzeczy jasno wyartykułować. Nawet, gdyby miały one trafić w próżnię. Tylko po by nie mieć potem kaca. I by jednak nazwać rzeczy po imieniu.

Dopóki funkcjonował portal, to mieliśmy oko na władzę, a i władza choć się do tego nie przyznawała miała oko na nas. Ale przecież nie chodziło o to, by władza nad nami się przesadnie pochylała. Władza świetnie sobie radziła. Od lat bowiem miała przećwiczone różne schematy stawiania do pionu swoich oponentów. Czy to za pomocą kija, czy marchewki. I żaden przecież portal nie mógł tej władzy w kaszę dmuchnąć. Co zresztą długo nam, nie bez satysfakcji, w ten czy inny sposób próbowano uświadamiać. Tyle tylko, że my akurat najmniej łaską władzy się przejmowaliśmy i choć władza, mniej lub bardziej śmiało próbowała w ten czy inny sposób jakąś marchewkę podrzucić, a i nierzadko kijem obić, czy miejsce w szeregu wyznaczyć, to obie strony pozostały wierne swoim zasadom. My z władzą bratać się nie chcieliśmy, a władza robiła swoje dzielnie udając, że nas nie ma, albo że 12 tys. unikalnych użytkowników władzy nie dotyczy. To była tak olecka koabitacja. Ale długo na to pracowaliśmy. I jeśli coś się nam udało, to właśnie dlatego, że nie pozwoliliśmy władzy by traktowała nas z góry. Nawet wtedy, gdy za pomocą swoich koryfeuszy rozpuszczała różne plotki na nasz temat. Szkoda było czasu na fukania władzy. Ona to lubiła, a nas to w gruncie rzeczy mało obchodziło.

Zamknęliśmy jednak portal. Nie było bowiem sensu brnąć w to dalej. W pewnym momencie trzeba powiedzieć stop, bo skala małych podłości i świństw stała się na tyle duża, że traciliśmy nasz wrodzony optymizm. Przedterminowe wybory obnażyły najciemniejszą stronę funkcjonowania miasta. Byliśmy w środku tego jądra ciemności, jednocześnie starając się być od niego jak najdalej. Tyle tylko, że jak się jest blisko zła, blisko podłości, intryg, cwaniactwa i zwykłej niegodziwości, to nie da się wyjść z tego nieubłoconym. Co tam nieubłoconym. Dostaje się solidnie w ryj i trzeba zbierać szczękę. Chyba, że się jest równie bezwzględnym i cynicznym. I choć cynizmu mi nigdy nie brakowało to jednak ten, którego dotknąłem wtedy, był zwyczajnie niegodziwy.

I nawet nie to zło było najgorsze. Ale powszechne przyzwolenie na nie, niemal wszystkich mieszkańców miasta. Przypadłość, którą słusznie zdefiniowała zaprzyjaźniona ełcka dziennikarka jako syndrom sztokholmski. Bo mieszkańcy do zła się po prostu przyzwyczaili. Mało tego, wielu uznało je, za coś naturalnego, trwały pejzaż naszej codzienności. I jeśli chciało zmian, to tylko takich, które jedno zło wymienią na inne, nieco świeższe. To trochę tak jakby brud na ciele miast zmyć na nowo przypudrować. Bo do smrodku już przywykliśmy, ale brud widoczny z daleka trochę razi. Gorzej, że prawie wszyscy zaakceptowali to, że to nie władza ma się przystosować do naszych potrzeb, ale my do potrzeb władzy. No bo takie jest życie. I nic na to nie poradzimy, prawda. Dlatego w gruncie rzeczy wielu z was drodzy mieszkańcy w duchu tej władzy współczuje. Bo jej klęska byłaby także waszą klęską. Bo jak byście się odnaleźli, gdyby tej władzy zabrakło. Nie moglibyście narzekać i nie moglibyście domagać się współczucia. A jak tu żyć, gdy zamiast narzekać władza powiedziałaby rób coś, zakasz rękawy, daj coś od siebie miastu, żadnego współczucia przy tym nie wykazując. To już lepiej jednych na drugich wymienić, ale tak by dalej można było ponarzekać i dalej o współczucie błagać.

Tylko, że tak się nie da, drodzy olecczanie, choć potraficie pięknie narzekać i cudnie złorzeczyć (szczególnie w internecie). Tym bardziej, że obok syndromu sztokholmskiego trawi was jeszcze druga przypadłość – syndrom narodu wybranego. Czekacie na swojego Mesjasza, który przyjdzie i załatwi za was pewne sprawy. Przez jakiś czas takim ćwierćmesjaszem był portal. Biliśmy się o ważne sprawy, a wy czasami klaskaliście, lajkowaliście, ale żeby zabrać mocniej głos, żeby rzecz pociągnąć dalej, albo wzniecić bunt, to już nie bardzo. Owszem wy pójdzie burzyć pałace. Ale w drugim szeregu. Może w trzecim, tak żeby nie stracić dobrego widoku i żeby się nie upaćkać. Ale żeby samemu mocny głos zabrać, sztandar pochwycić, to już nie bardzo.

I może macie rację. Ale…

… ale Żydzi czekają na Mesjasza już tysiące lat. Chrześcijanie też dość długo. Tymczasem tu i teraz działać trzeba. No i co gorsza, tu nie Mesjasz jest potrzebny, nie popisy indywidualistów, ale wspólnota wysiłków i działań. Bo władza pojedyncze erupcje buntu potrafi neutralizować. Albo je postponuje, bagatelizuje, albo kijem obije, albo jakąś marchewkę podrzuci. Ale każda władza pozostaje bezradna wobec działań zbiorowości, wobec siły nie pojedynczego zrywu, ale wspólnego działania.

Wczoraj zadzwonił do mnie Michał Olszewski z urodzenia ełczanin, z korzeniami oleckimi i opowiadał o tym, jak niedawno wybrał się na cmentarz do Kowal Oleckich i zauważył jak miejscowość gaśnie w oczach, jak zabite dechami straszą dawne sklepy, lokale usługowe. „Jeszcze za naszego życia, takie miejsca jak to, ostatecznie się wyludnią. Zgasną. Zostaną nieliczni” – stwierdził Michał. Ale mylicie się jeśli liczycie, że ten proces nie dotknie Olecka. To wygasanie potrwa zapewne nieco dłużej i my być może tego nie dożyjemy. Ale to wydaje się nieuchronne. I znów można powiedzieć, cóż takie życie i gasnąć razem z miastem, powoli, ale skutecznie. Ale można też zacząć budować tożsamość tego miasta od nowa, inaczej, wspólnie. Być może się nie uda, ale lepsze to niż powolne umieranie.

My już zrobiliśmy swoje. Teraz pora na was. Kilkanaście dni temu pewna osoba zadzwoniła do mnie i zapytał czy nie podjąłbym się zorganizowania debaty w Olecku. Żeby było, tak jak poprzednim razem. Okazało się, bowiem że Olecku groziła debatowa kakofonia. W pewnym momencie zaproponowano aż trzy debat. Najsensowniejszą i najbardziej logiczną wydawała się propozycja portalu zOlecka. Bo to w końcu medium, które stara się ogarnąć olecką rzeczywistość. I nie mnie oceniać czy robi, to dobrze czy tak sobie, ale walczy o swoje miejsce i jest jak się wydaje jakimś tam głosem społeczności. Okazało się, jednak że dla niektórych osób portal zOlecka nie ma żadnej wartości. Skądinąd znamy to, bo przez lata też nas tak traktowano. Właścicielce portalu jak wieść niesie wskazano miejsce w szeregu i rakiem z pomysłu się wycofała. Zapewne czując się winna. Taki syndrom sztokholmski.

Ostatecznie odbyła się tylko jedna debata. Ta, którą łaskawie zaakceptował i wskazał obóz władzy, przy okazji oczywiście zarzucając konkurencji, że ta nie chce z mieszkańcami rozmawiać. Bo każda okazja jest dobra by podstawić przeciwnikowi nogę. I mieliście debatę taką jaką mieliście. Choćby dlatego, że wielu z was zapewne uznało, że nie ma niczego złego w tym, iż jedna z osób prowadzących rozmowę sama kandyduje. Bo to przecież detal. No i takie jest życie. Tylko to nieprawda.

Dlatego między innymi za propozycję zorganizowania debaty grzecznie podziękowałem, ale odmówiłem Bo my drodzy mieszkańcy, zrobiliśmy już swoje. Nie chcemy wam ułatwiać tego czekania na Mesjasza. I nie da się, „żeby był tak jak ostatnio”. Bo albo zakaszecie rękawy i zmienicie miasto sami, albo będziecie nadal narzekać i złorzeczyć w gruncie rzeczy błogosławiąc stare niż marząc o nowym. Bo przecież lepsze znane niż nieznane.

Wy nie potrzebujecie portalu tego czy innego (albo inaczej potrzebujecie, ale w innym znaczeniu). Nie potrzebujecie Mesjasza.  Powinniście bowiem w końcu zrozumieć, że to nie ten czy inny burmistrz czy kandydat jest problem, ale wy sami. Nie władza, nie opozycja. To wy. Wy za to odpowiadacie. Dobrze się bowiem w tym stanie czujecie. Zadowala was minimalizm. Troszkę kiełby, darmowe piwo i potańcówka na cudzy koszt. Ot, takie lokalne miłosierdzie od ciemiężycieli dla ciemiężonych. Igrzyska jako zadośćuczynienie. Tyle tylko, że nie dość, że to zadośćuczynienie pozorne, to jeszcze nic ono nie znaczy bez rzetelnego rachunku sumienia

Narzekaniem, utyskiwaniem niczego nie zmienicie. Możecie ciągle błagać o wspołczucie i godzić się na to, że „tak po prostu jest”. Ale możecie też przestać czekać na tego cholernego Mesjasza, który załatwi za was wszystko i po prostu dać coś od siebie. Świata nie zmienicie. Co to, to nie. Ale możecie co nieco zmienić swoje miasto. To już bardzo dużo.

W niedzielę będziecie wybierać radnych i burmistrza. Na, uwaga kolejne 5 lat. Zazdroszczę wam wyboru, bo na listach jest kilku naprawdę dobrych kandydatów. Ja, choć mieszkam w dużym mieście nie mam takiego komfortu. W zasadzie mam wybór między dżumą, a dżumą. Ale wy macie w czym wybierać, przynajmniej jeśli chodzi o wybory do Rady Miejskiej, a i kandydatów na burmistrza macie na bogato.

Wybierzecie jak chcecie. Możecie wybrać trwanie i żeby było jak było, żeby było jak było, ale trochę inaczej, państwo partyjne i dwie nowe wizje. Nie wierzę, że można przekonać, przekonanych i tych co wypchali sobie już kiełbasą kieszenie i tych, co pieśni partyjne na dobranoc nucą miast pacierza. Nie jestem celebrytą i nikt mnie nie prosił, bym go poparł. Ale skoro już głos zabieram nieco podirytowany oleckim bałaganem, to napiszę to jasno: w przedterminowych wyborach jakość kandydatów niespecjalnie powalała, ale tym razem według mnie jest lepiej. Nie oszałamiająco, ale dobrze. Bo dwóch  pretendentów ma niezły program, trochę oleju w głowie, jakąś wizję miasta i niezłych kandydatów na radnych. To daje jakąś nadzieję.

I dalej możecie nie czytać bo będę pisał indywidualne, subiektywne recenzje, z którymi nie musicie się zgadzać. I napiszę, że ani Wacław Olszewski ani Karol Sobczak ani Mariusz Roszko nie są kandydatami, którzy dają miastu nadzieję. Co najwyżej nadzieję swoim totumfackim, którzy liczą, że zachowają status quo albo wejdą w nowe rozdanie. Nic ponadto.

O Wacławie Olszewskim napisaliśmy przez te lata wiele. Nie jest on gwarantem żadnych zmian, niczego nowego. Jest za to gwarantem pełzającego trwania i zacierania miasta. Interesuje go władza i to żeby na stanowisku burmistrza dotrwać do emerytury, co samo w sobie jest kuriozalne. Wszak sam przyznał, że kadencyjność nie jest dobrym pomysłem, bo po zakończeniu kadencji eksburmistrzowie mogą mieć kłopot ze odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Na szczęście według Bronisława Komorowskiego Wacław Olszewski jest wybitnym samorządowcem, w Olecku pracy jest jakby więcej więc można śmiało założyć, że pracodawcy będą o byłego burmistrza zabiegać. Pora to sprawdzić.

Trzeba także zaznaczyć, że Wacław Olszewski w budowaniu swojej pozycji  jest  skuteczny i bezwzględny. Stworzył sobie silne zaplecze poprzez różne zależności, posługując się między innymi metodą kija i marchewki, dławiąc w zarodku jakąkolwiek inicjatywę. To on w końcu odpowiada za to, że wszyscy przyzwyczaili się do  tego, że to nie władza jest dla społeczeństwa, ale społeczeństwo dla władzy, że jest jak jest i być musi. Zapewne gdyby mógł, Olszewski ogłosiłby się dożywotnim burmistrzem. Stworzył księstwo udzielne, oparte na różnych zależnościach i interesach i nawet z Mariuszem Miłunem u boku, który skutecznie buduje wizerunek dynamicznego menadżera, nie jest w stanie niczego wielkiego zagwarantować. Poza trwaniem i synekurami dla totumfackich.

Karolowi Sobczakowi nie wierzę nawet ciut, ciut. Widziałem jak niszczył funkcjonowanie samorządu, jak dusił w zarodku dyskusję podczas sesji, jak dyscyplinował klub, sprawiając, że radni Małej Ojczyzny wyglądali na sesjach jak powolne marionetki. To on zasłynął płomiennym przemówieniem w obronie Wacława Olszewskiego wykazując, że wygaszenie mandatu jest niegodziwością. To on przez wiele lat wykonywał czarną robotę, dyscyplinował radnych, przeprowadzał intrygi.

Nie wierzę w jego nawrócenie, nawet gdyby przywiózł pod mój dom kontener kiełbasy (piwa nie piję) i zaprosił moje dziecko każdego dnia na festyn. Nie wierzę w jego miłość do miasta, w jego wizję i pomysł na miasto. Ktoś kto przez tyle lat wiernie służył na dworze przesiąkł panujacymi na nim stosunkami. I będzie rządził tak jak obalony pryncypał. On innej władzy nie zna. I nie ma w sobie tej mądrości, by wymyślić inny model. Tym bardziej, że jego motywacją jest chęć rewanżu, zemsty, udowodnienia własnej wartości. A wybory na burmistrza to nie seans na kozetce u psychoanalityka. Tu nie chodzi o własne ego, ale o dobro miasta. Nie chodzi o błyskotki, o to byście dalej tkwili zanurzeni w sztokholmskim sydromie i piali z zachwytu, bo ktoś kto przez lata był ważną częścia systemu, który kopał was soczyście w d…,  dziś łasi się do was i przymila. Ale wiem, was to kręci drodzy olecczanie, bo wy jednak nie chcecie zmian prawdziwych. Liczycie tylko, że wraz z Sobczakiem będziecie mogli zająć miejsce tych, którzy dziś są tam, gdzie według was być nie powinni. Jednym słowem księstwo Wacława Olszewskiego pragniecie zmienić na księstwo Sobczaka. I wymościć sobie w nim wygodne miejsce. Problem tylko w tym, że nie dla wszystkich starczy synekur. Nie wszystkich da się zadowolić. Ale liczycie, że wam się zapewne uda. Z Bogiem. Ale potem nie płaczcie przez kolejne 5 lat.

Są jednak tacy, którzy mówią, że to wszystko pic na wodę, że Sobczak dogada się z Olszewskim. Sporo w tym racji. Jeśli okaże się, że Małej Ojczyźnie zabraknie szabel, to z pewnością dogada się z klubem Olecko Nasze Miasto. Co z tego, że Karol Sobczak zażąda stanowiska wiceburmistrza. A  kto powiedział, że ma być tylko jeden wiceburmistrz?  Ostatecznie Mariusza MIłun jeśli wejdzie do Rady Miasta będzie mógł zostać jej przewodniczącym. Możliwości jest wiele.

Marcin Roszko to kandydat partyjny. W dodatku bezczelnie kupczący ewnetualnymi błogosławieństwami, które mogłyby spłynąć na olecczan, gdyby wybrali właściwie. Marzy mu się pisowskie Olecko. Być może w dalszej kolejności chciałby zasmakować życia na Wiejskiej. I politycznej kariery. A Olecko? Olecko się nie liczy. Partjny interes zawsze ważniejszy niż dobro miasta. Taka jest reguła funkcjonowania każdej partii. I gdyby ode mnie to zależało zakazałby partyjnym komitetom startowania do Rady Miasta, a nawet rad powiatowych. Bo w partii decyzje zapadają w centrali. W partii liczy się lojaność wobec partii, nie mieszkańców tego czy innego miasta. I nie chodzi o to, że Marcin Roszko reprezentuje PiS, nawiasem mówiąc partię, której zasługi dla miasta są wątpliwe i która nie potrafiła nawet wybronić swojego kandydata w przederminowych wyborach, a ówcześni rokoszanie znaleźli miejsca na listach, choć się z partii niby wpisali. To tylko świadczy o słabości kadr w Olecku. Chodzi jednak o coś więcej, bo tak samo niewiarygodny byłby kandydat czy kandydatka KO, PSL czy innej partii. Idźcie sobie panowie i panie robić politykę gdzie indziej, a miasta i ich mieszkańców pozostawicie w spokoju.

Mariusza Mazurkiewicza nie znam. Ale jest młody (nie, nie za młody), ma jak się wydaje otwartą głowę i przedstawia się jako kandydat trzeciej drogi, szczególnie dla tych, którzy na wybory nie chodzą. Nie wiem czy uda mu się przekonać nie przekonanych, ale Mariusz Mazurkiewicz program ma dość ciekawy i wart uwagi z kilkoma fajerwerkami, ale i kilkoma niedociągnięciami. Jego publiczne wypowiedzi także pokazują, że prezentuje inną od powyżej wymienionych jakość i z pewnością dałby miastu nowe i nieco inne spojrzenie. Jest zagadką, ale z pewnością ciekawą i wartą uwagi. Byłoby idealnie, gdyby w drugiej turze spotkał się z Marcinem Czekay, bo z tego wynikłaby korzystna dla miasta konfrontacja.

Marcin Czekay okrzepł. Choć moim zdaniem jego wielkim grzechem pozostaje to, że po przedterminowych wyborach porzucił na jakiś czas miasto i zajął się suwalskim biznesem, miast budować nową jakoś oleckiej polityki. W końcu jednak zaczął bywać na sesjach Rady Miejskiej, wdrażać się realnie w problemy miasta. Efektem jest najlepszy chyba od lat program wyborczy dla Olecka. Z jednym zasadniczym zastrzeżeniem, program choć świetnie napisany, choć pokazuje, doskonałą znajomość problemów samorządowości i funkcjonowania samorządu, który mocno i bardzo konkretnie stawia na budowanie społeczeństwa obywatelskiego i oddaje miasto mieszkańcom jest jednocześnie bardzo obszerny i momentami napisany językiem zrozumiałym dla osób, które w problematyce samorządowej się zajmują. Szkoda, wielka szkoda bo jest moc. A wątpię by w Olecku ludzie czytali programy.

Ale Marcin Czekay ma jeszcze jedną cechę. Być może jest ona także wyróżnikiem Mariusza Mazurkiewicza, tego nie wiem, ale Czekaya poznalem i miałem okazję mocno przepytać go przy różnych okazjach. Czekay jest zajawiony, by miasto i wspólnotę budować. Jest w nim pewna naiwność, która sprowadza się do tego, że nie chce i nie umie kupczyć miastem. Nie jest tajemnicą, że przed drugą turą dostał konkretną propozycję poparcia w zamian za określone synekury. Ale sam fakt owych propozycji spotkał się z jego zdrową reakcję. Nie chciał bowiem podążać ścieżką, którą dotąd podążali inni. Jednym słowem, świadomie sprzeciwił się zasadzie, że tak jest urządzony świat, choć kto wie może dzięki temu sojuszowi zyskałby te brakujące 170 z hakiem głosów.

Ktoś powie szlachetnie, ale ktoś inny (zapewne większość) że naiwnie. Ale ja lubię ludzi naiwnych, bo bywało, że oni świat zmieniali. Na lepsze. Karierowicze, cynicy, obłudnicy i pragmatyści zbyt często światu ulegali. Zbyt łatwo przystawali na to, że tak urządzony jest świat.

Marcin Czekay, ale także (chyba) Mariusz Mazurkiewicz mają też dobrą drużynę na listach do Rady Miejskiej. Przez ostatnie kilkanaście lat sesje stały się marionetkowym teatrzykiem, w którym większość radnych ograniczała swoją aktywność do bezwolnego podnoszenia ręki i ewentualnie wygłaszania niezbyt poprawnie gramatycznych fraz zgodnych z odgórnymi przykazaniami. Tymczasem kandydaci obu panów, to często silne osobowości. Nie jakieś tam potulne baranki, mierni, ale wierni. Z takimi radnymi nie dałoby się działać na zasadzie podnosimy rękę, jak nam kazali, kasujemy dietę i wracamy do domu. To byłaby chyba nowa jakość. Mam przynajmniej taką nadzieję.

Wszystko rozstrzygnie się w niedzielę. Zapewne inaczej. Ale pomarzyć można, bo wreszcie w Olecku jest trochę nowego spojrzenia i nowego powietrza. Tylko burmistrz i jego koledzy od lat ci sami.

Za to z pewnością w Radzie Powiatu żadnych zmian nie będzie. Te wybory można sobie odpuścić. Na listach wiele „wybitnych osobowości”. W tym były wiceburmistrz, który po chorobie okrzepł i tym razem dzierży sztandar PSL w dłoni. Jak się więc okazuje powiat to nie miejsce dla rewolucji. Żadnych zmian, żadnego świeżego powietrza, za to 15 wygodnych foteli w radzie. Dzięki temu powiat będzie spokojnie wegetować i dryfować bez wizji, a diety gładko wpływać do kieszeni zupełnie niepotrzebnych i przewidywalnych radnych, Smutek.

Artur M.

Komentarze
Więcej w Olecko, wybory samorządowe 2018
A może Olecko jest nie tylko miastem sportu?

Dziś z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru w Galerii Prawdziwej Sztuki im. Andrzeja Legusa w Regionalnym Ośrodku Kultury w Olecku odbędzie...


Zamknij