Walcie się

Walcie się
5 (100%) 4 głosów

To nie będzie przyjemny tekst. Powiem wprost to będzie mało ciekawy artykuł opluwający (dziękuje za inspirację Pani Natalii). Trudno, tak zwane okoliczności nie są przyjemne, a potworne zmęczenie wynikające nawet nie z samej kampanii co z intensywnego natężenia złych emocji, daje się we znaki. Bo choćby nie wiem jak się próbowało zachować dystans, to złe emocje dają po mordzie nie pytając o zgodę. I zostawiają ślad. Czyniąc nas gorszymi.

Dawno, dawno temu, pamiętam podobny czas. Szczeniakiem jeszcze będąc, coś tam próbowałem pomagać, plakaty po wsiach rozwieszać. Walczyliśmy o demokrację. O to żeby ludziom żyło się lepiej, dostatniej, rozumniej. Wygraliśmy. Jak się okazało pozornie. Smak zwycięstwa zabarwił się na gorzko.

Na początku było pięknie. Przyszli nowi. Z pomysłami, energią, otwarci na świat i ludzi. Przez wiele lat ich głos był niemy, zagłuszany przez oficjalną nowomowę, która wszelkie przejawy krytyki nazywała awanturnictwem. Bo stare krytyki nie lubiło. I krytykę zwalczało. Czasami dość bezpardonowo. Choć w Olecku… w Olecku ludzie się znali i jakoś sobie dawali radę. Nowe, nowe rządy zaczęło i był to czas świeżości. Odnowy, lub jak kto woli renesansu. Krótki to był jednak czas, bo dość szybko okazało się, że jak gadać wszystko wolno, to gadać się gadało. Czasami, a może i częściej, co ślina na język przyniosła. A ślina już wtedy gorzka była, bo jakoś tej zapowiadanej Arkadii nie było. Niektórzy czekali na nią jak na Godota. A jak było z Godotem – wiadomo.

Dziś wielu mówi, że tamten czas był jakoś tak najpiękniejszy i najmądrzejszy. Bo ludzie jednak coś zrobić chcieli. Tak od siebie. Ale wtedy tak jeszcze tego widać nie było, bo wtedy nikt przewidzieć nie mógł, że to nowe co ledwo się zaczęło, w zasadzie w stare się przepoczwarzy. I znów będzie jak było – władza dla władzy, nie dla ludzi. A co jak co, zło utrwala się o wiele szybciej i trwalej. Więc zaczęły się podchody, roszady i nóg podstawianie. Potem ktoś bąknął, ale jest jak było, jak za komuny. Ktoś inny przytaknął. I wieść się rozniosła.

Ale to nie mogła być prawda. Przecież wszystko było inne. Władza inna, bo obierana w wyborach, miasto inne bo unijne pieniądze drogi i chodniki zmieniły i ludzie inni. Ludzie… powiedziano im, bierzcie wędki i idźcie łowić ryby. Co złowicie, to wasze. No, to poszli. Nikt ich tylko nie uprzedził, że co poniektórzy łowić będą sieciami. A i dostęp do szczególnie obfitych łowisk będzie tylko dla wybranych. Tych, co to z nami, a nie przeciw nam. A jak ktoś już dostał dostęp na łowiska, to pilnował by go nie stracić. By było jak było, bo inaczej znów pokornie trzeba będzie kark zginać, by miejsce sobie wymościć. Bywało, że ktoś dostęp stracił albo łowił za mało. Wtedy rozgoryczony najczęściej dołączał do tych, co to mówili, że wszystko to jak za komuny.

I tak trwaliśmy. Powolnie, mizernie. Jedni syci, inni niezadowoleni. Ci syci zwarci i gotowi, z czasem coraz bardziej o sytość swą walczyli. Wszelkimi metodami. Problemów więc narastało. Gniew narastał. Ludzie z miasta wyjeżdżali, bo tu tylko praca za byle jaką płacę, a tam inny świat.

Gniew nie jest dobry doradcą. Bywa niesprawiedliwy. Ale jak długo można zginać kark?

Syci z czasem uznali, że miasto jest ich. Że mieszkańcy też są ich. Oni dyktowali warunki. W co wierzyć, w co ufać, kto ma rację, a kto kłamie. Tak zrodził się feudalizm. Bo i co miastu proponowali kandydaci do władzy. Jedni by było jak jest. Inni fabryki nowe, w których kolejne pokolenia mieszczan będą pokornie karki zginać, bojąc się czy aby pracy nie stracą. A jakaś wizja, szaleństwo, oferta, co mieszkańców za marazmu wyrwie, co da im nadzieję na miasto, które nie będzie tylko mięsem armatnim dla biednych lokalnych przedsiębiorców, którzy drżą o swoją przyszłość. Bo ich przyszłość jest przecież przyszłością miasta. Jeśli oni stracą, straci i miasto. Ludzie stracą. Jeśli oni nie będą mieć tyle, ile mają to ci, co mają dużo mniej nie będą mieli nic. Trzeba więc gniew w piwnicy zakopać i pięść rozluźnić i zęby zacisnąć. I chwalić, że dobrze jest, jak jest. Bo przecież ciągle nas straszą, że może być gorzej. I tak trwa ten klincz, olecki nelson.

Ktoś kiedyś powiedział – nie mam z kim przegrać. Dziś wiadomo, że nie o ludzi chodziło. Ale o miasto. Miasto, ślepe, głuche i bezradne. Miasto, gdzie jedni udają, że słońce wiecznie świeci. Inni, że ciągle deszcz, ale do głowy im nie przychodzi żeby parasol wyciągnąć (bo może to i niebezpieczne, może nawet wędkę zabiorą). Jeszcze inni bąkają, że ich pogoda nie interesuje. Wszyscy w jednym mieście, a obcy. Odbijają się od siebie. W takim mieście wystarczy mieć władzę by trwać niemal wiecznie. W takim mieście jedni zmian nie chcą, inni chcą ale nie wierzą, a jeszcze inni obojętnie wzruszają ramionami.

W takim mieście wszystko pewnego dnia stanęło na głowie. Gniew zderzył się z walką o przetrwanie. Bolesny to jest uścisk. Razy fruwają w powietrzu bez opamiętania. Kłamstwo stało się towarem szczególnie pożądanym. Kto lepiej skłamie ten wygra?

Przez ostatnie tygodnie Olecko było świadkiem prymitywnej wojny na sztachety, którymi okładały się bandy osiłków schowanych za maskami z wykrzywioną gębą demokracji. Czterech kandydatów niczym czterej jeźdźców Apokalipsy ruszyło, by rozdawać nadzieję, uśmiechy i wiarę w lepsze jutro. Ale nikt tak naprawdę nie miał uczciwego pomysłu na miasto i chyba nikt w miasto nie wierzył. Panowie wdzięczyli się jak panny lekkich obyczajów na pigalaku, zachwalając swoje nadzwyczajne umiejętności i profesjonalizm. O miłości jednak mowy być nie może. Gorzej, że umiejętności także mizerne.

To jest szczeniackie i gówniarskie co zrobiono z naszym miastem. Zakulisowe gierki, wszechobecna plotka, naginanie prawa, kopanie dołków, podstawianie nóg, partyjne rozgrywki, błoto i szlam. Wszystko to dla was drodzy mieszkańcy. Dla waszego dobra, szczęścia. Jeszcze będzie przepięknie, tylko pozwólcie kopniemy rywala w kostkę, naplujemy mu w twarz. No, nie sami. Nie my. My się nawet oburzyć możemy, albo zdziwić, że jak to, nas o to posądzacie?

Wierni wasale czuwali. Oni na pierwszej linii frontu walczyli. Oni na co dzień niby grzeczni, eleganccy upust swoim ciemnym frustracjom dawali. Miasto zaroiło się od doktorów Jekyll i panów Hyde. To oni sączyli jad, manipulowali, kolportowali kłamstwo, bełtali w głowach. Wiedzieli, że im więcej bełtać będą tym lepiej. Bo człowiek w końcu równowagę straci, zachwieje się i ostrość widzenia zagubi. I uwierzy, w co ma wierzyć.

Kopniaków w tej grze było bez liku, ciosów poniżej pasa jeszcze więcej. Po każdej ze stron. Niewinnych nie było. Choć niektórzy mocniej kopali i celniej bili. Sędzia kartek nie rozdawał. Sędziego nie było. Rywale na sobie wzrok skupili. Na siebie groźnie spozierali, o mieście nie myśląc. Za to o władzy i owszem. Jakże mizerne musi być ego tych, którzy tak bezpardonowo walczą o tak małą władzę. A potem budują pałace, dwory, tworzą armie poddanych – wasali, co to drżą na samą myśl, że im nikt lizać butów nie pozwoli. I lepiej buty stare lizać niż nowe. Jakże niska musi być samoocena wasali, którzy nie wierzą w siebie, ale w lizanie butów, które ich ochroni.

I gdzie dziś jesteście wy, przez lata kneblowani, którzy nową demokrację tworzyliście 28 lat temu? Po ’89 roku głos odzyskaliście, by z czasem tylko własne pieśni, we własnym gronie  wyśpiewywać? Jak wasi poprzednicy? Tylko siebie słuchacie? Tylko wy wszystko wiecie? Tylko wy macie sieci? Dialog ze społeczeństwem chcecie prowadzić, ale tylko po swojemu, wedle własnych reguł i z własnymi tezami? Niektórzy z was zasługami dla miasta się chwalą? W czym? W podstawianiu innym nogi, w permanentnym dezawuowaniu przeciwników, w walce na sztachety? Wy którzy walczyliście o demokrację, gdzie jesteście? O jaką demokrację walczyliście? Waszą czy Naszą? Czemu ją splugawić pozwalacie? Czemu sami nierzadko ją plugawicie? Już dawno przestaliście być mędrcami. To, że ktoś umie podstawić nogę nie oznacza, że jest mędrcem. Oznacza tylko i wyłącznie, że jest chuliganem.

To były długie, męczące tygodnie kampanijnej nawalanki, podczas której nikt, kto choćby się o to otarł, nie może czuć się nieskalany. Ktokolwiek wygra, sporo w tych dniach przegraliśmy. Kłamstwo, manipulacja i zło stały się trwałym elementem naszego pejzażu. Domokrążcy pogardy i nosiciele zła są między nami. Nikt nie jest niewinny, ale nikt też do winy się nie przyzna. Dlatego po tych wszystkich paskudnych rzeczach jakie się wydarzyły, wam wszystkim, którzy zło wspieraliście, którzy nie reagowaliście i w imię władzy zło czyniliście i którzy macie w pogardzie miasto i ich mieszkańców chciałbym na koniec tej kampanii powiedzieć – Walcie się.

Artur M.

Może ci się spodobać również Więcej od autora

Więcej w Olecko, przedterminowe wybory
Ewa Kozłowska w najnowszym numerze „Borussii” stawia ważne pytania dotyczące kultury w Olecku

Szanowni Państwo, Ukazał się najnowszy numer czasopisma „Borussia”. Zachęcam Państwa do przeczytania w nim tekstu poświęconego kulturze w Olecku (bardzo...


Zamknij